W ramach zwalczania wrześniowej nudy Misie postanowiły
uporządkować swój podróżniczy album Znalazły się w nim najciekawsze i
najfajniejsze zdjęcia zrobione przez ostatnie siedem lat. Pluszaki oraz my autorzy bloga zapraszamy do oglądania
misiowej galerii a także do składania propozycji wystawienniczo wydawniczych.
poniedziałek, 24 września 2012
wtorek, 28 sierpnia 2012
Polaroidy
Polaroidy, to zupełnie inna bajka. Dawno temu, za siedmioma
granicami, kiedy mieliśmy jedną z ostatnich już szans na odwiedziny Syrii,
będąc w Damaszku, natrafiliśmy na pana, który robił ludziom zdjęcia starym
aparatem Polaroid. Daliśmy się sfotografować a nasze pierwsze zdjęcie takim
aparatem, pokazujemy poniżej. Spodobały nam się od razu trochę zmienione kolory
tego polaroidowego świata, brak dokładności i ostrości z jaką współczesne,
nawet najprostsze aparaty robią zdjęcia. Zafascynowała nas technika a przede
wszystkim magia fotografii instant ( jak zupki) – natychmiastowej, od razu. Po
naciśnięciu spustu migawki i wyjęciu z aparatu odbitki i negatywu, po
kilkudziesięciu sekundach jest już na nich obraz a wszystko odbywa się bez
komputera i drukarki. Zdajemy sobie sprawę z tego, że taka fascynacja nie jest
na czasie, że nasze zainteresowanie trąci myszką a może trochę snobizmem, jest
w tym coś z szerzącej się subkultury hipsterkiej. Trudno! Kupiliśmy więc sobie
sami taki aparat, przyszedł do nas w paczce z zza wielkiej wody z USA. Prócz
aparatu kupiliśmy jeszcze filmy, które do aparatów instant sprzedawane są w
specjalnych kasetkach. Tak wyposażeni w spory karton filmów i aparat gabarytami
zbliżony do cegły, wyruszyliśmy w naszą podróż. Korzystaliśmy z niego często,
jednak w sposób zupełnie inny niż z aparatu cyfrowego, którym zdjęcia robi się
bez obawy zepsutej klatki i zmarnowanej szansy na udane zdjęcie. Polaroid
zmusił nas do większego zastanowienia się, do podejmowania decyzji, co warto a
czego nie warto pstrykać. W czasie całego wyjazdu zrobiliśmy około 120 zdjęć
instant, zdjęć cyfrowych zrobiliśmy pewnie kilka tysięcy.
Poniżej, oprócz zdjęcia przywiezionego z Damaszku,
zamieszczamy kilka zdjęć polaroidowych zrobionych w Melace, są to ostatnie
zdjęcia jakie zrobiliśmy podczas tej podróży.
niedziela, 26 sierpnia 2012
Iga z Melaki
Satu dua tiga
Na kamieniach siedzi Iga
Nic nie robi tylko leży
Bacznym okiem ludzi mierzy
Bo to mama składa jaja
Gadów będzie duża zgraja
Dziwne są dla zwierząt człeki
Więc jaszczurze wróć do rzeki
czwartek, 26 lipca 2012
Caramel Cappuccino
Sześć i pół miesiąca temu, kiedy
nad ranem przylecieliśmy do Pekinu, gdzie wszystko się zaczęło, wiedzeni
potrzebą wypicia porannej kawy, trafiliśmy do Sturbucksa. Piliśmy tam nasze
półlitrowe kawy cappuccino, które pozwoliły nam się obudzić i przeczekać kilka
godzin do świtu.
Teraz znowu jesteśmy w
Sturbucksie. To chyba znaczy, że wracamy, że podróż się skończyła. Wchodząc na
teren lotniska zostawiliśmy za plecami Kuala Lumpur, teraz czekamy, znowu w
środku nocy, pijemy nasze niewymiarowe cappuccina w amerykańskim stylu.
Sturbacks, choć nie planowaliśmy
tego, wyznacza ramy naszej podróży. Pomiędzy dwoma papierowymi kubkami kawy
mieści się wszystko to co przeżyliśmy i to czego przeżyć nie byliśmy w stanie,
wszystkie nasze fascynacje, zachwyty i rozczarowania.
Chociaż w tej chwili dopijamy do
końca naszą podróż i powoli zaczyna prześwitywać tekturowe dno, to nasz blog
nie kończy się z tym ostatnim łykiem. Zostało nam jeszcze kilka wpisów, które
dodamy, będąc już w Polsce. Może kiedyś pojawi się tam coś jeszcze, coś
zupełnie nowego, nowa podróż, nowa wizyta w Sturbuckcie? Myślimy, że tak, że to
tylko kwestia czasu a czas to pieniądz, jak wiadomo.
środa, 25 lipca 2012
Ale Meksyk !
Po wylądowaniu przywitał nas deszcz, który od razu
przypomniał nam kto teraz rządzi na Filipinach. W przeciwieństwie do mafii
taksówkarzy, która rządzi na parkingu przed lotniskiem, on w okresie od maja do października trzyma
władzę w całym kraju. Faktycznie chmury oraz kapiąca z nich woda przez kolejne
trzy tygodnie towarzyszyły nam dość często. Nie taka jednak pora deszczowa
straszna jak można wnioskować z jej nazwy. Poza chmurami było także słońce,
niekiedy świeciło tylko przez chwilę, zaś innym razem przez cały dzień. Na kształt naszej podróży po Filipinach
istotny wpływ miała mała, trójkątna pieczątka wbita w nasze paszporty na
granicy. Pozwalała nam ona przebywać na terytorium tego wyspiarskiego kraju
przez 21 dni. Na nieco większą, dającą prawo pozostania na Filipinach przez dwa
miesiące ani nas ani pluszaków stać nie było. Mający tak limitowany okres czasu
musieliśmy dokonać wyboru tylko kilku miejsc, które odwiedzimy. Efekt tego
wyboru można podziwiać na zdjęciach w kilku ostatnich postach. Kończąc naszą przygodę
z Filipinami uzmysłowiliśmy sobie pewien fakt. Filipino Yakuza z Manili, motorowe
riksze na Palawanie, skąpo odziane panie w Angeles, Jeepneye pokonujące dziurawe
drogi na Luzonie, wszystko to powodowało, że podczas tych trzech tygodni na
nasze usta co chwile cisnęły się słowa „ale Meksyk!” . W istocie bliżej stąd do
Ameryki Łacińskiej, niż do sąsiednich krajów w Azji.
wtorek, 24 lipca 2012
poniedziałek, 23 lipca 2012
Chiński cmentarz w Manili
Cmentarz jak miasto, rzędy grobów jak ulice, groby jak domy.
Porzucone i dawno opuszczone, nieodwiedzane i zaniedbane, szare, smutne i
martwe.
Tylko znani i zamożni zmarli spoglądają z popękanych i spłowiałych,
szklanych portretów.
Z minami, które świadczą, że wszystko zostało już powiedziane.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































