Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vespa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vespa. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 grudnia 2012
czwartek, 12 lipca 2012
Time to say goodbye
Historia małego pieska o imieniu Bali, znalezionego w
Lovinie przy targowisku – tego, o którym pisaliśmy już dawno, kończy się
szczęśliwie. Bali trafiła najpierw do schroniska, lecz po niedługim czasie
znalazła nową rodzinę z Japonii, która postanowiła się nią zająć. Szczęśliwy koniec tej historii jest tylko
początkiem zupełnie nowej o wiele bardziej szczęśliwej i pomyślnej. Cieszymy
się, że uratowaliśmy młodą Bali, jedyne co radość tę może przyćmiewać to
świadomość, że potrzebujących szczeniaków jest wiele, wiele więcej.
Nasza wielka miłość, jednośladowa piękność z 1985 roku,
również znalazła nowego, kochającego
właściciela. Kiedy musieliśmy zacząć myśleć o opuszczeniu Loviny, umówiliśmy
się z właścicielem domku, który wynajmowaliśmy, że to on kupi od nas naszą
Vespę. Transakcja odbyła się bezgotówkowo, metodą wymiany czynszu za ostatni
miesiąc na skuter. Choć było nam smutno wyjeżdżać i pozbywać się środka
transportu, który pozwolił nam na ogromną wolność i niezależność w zwiedzaniu wyspy, to wiemy,
że nowy właściciel będzie się o nią troszczył i pielęgnował.
Opuszczając Lovinę mieliśmy dwojakie uczucia. Z jednej
strony cieszyliśmy się na myśl o kolejnych miejscach, które będziemy odwiedzać,
z drugiej jednak było nam żal wyjeżdżać z miejsca, w którym zadomowiliśmy się, i z którym
łączyło nas wiele. Znowu trzeba się było
spakować, pozbierać wszystkie drobiazgi i detale, o niczym nie zapomnieć i
oddać klucze właścicielom.
Chociaż nie byliśmy
na Bali tak długo jak zamierzaliśmy pierwotnie to wyjeżdżając nie czuliśmy
niedosytu. Był to raczej czas w sam raz. Dość długi, by poczuć się tam jak w
domu, poznać sąsiadów, poczuć się częścią Loviny, ale nie aż tak długi, żeby
całkowicie wyzbyć się zadziwienia innością i radości ze zwykłych chwil. Do
samego końca cieszyliśmy się pięknymi zachodami słońca, popołudniowa grą w
badmintona na plaży, wizytami w gorących
źródłach, pysznymi owocami, które kupowaliśmy na targu, własną kuchnią, gdzie
można było sobie zrobić takie śniadanie na jakie tylko przyjdzie ochota.
Wszystko to jednak traktowaliśmy jako prezent a nie jako zwykłość i
codzienność, które z czasem mogły by się zakraść pod naszą strzechę.
Wyjeżdżając
musieliśmy się pożegnać z wszystkimi znajomymi, których zapoznaliśmy podczas
pobytu. Z Putu, który pomógł nam kupić Vespę, a którego spotykaliśmy na plaży o
wschodzie słońca próbującego sprzedać turystom ‘własnoręcznie wykonane
błyskotki’. Z Adi, prowadzącą stragan z ubraniami, która od początku naszego
przyjazdu, była dla nas bardzo miła i zaczepiała nas kiedy tylko pojawialiśmy
się w zasięgu – wynikiem czego z czasem zaczęliśmy unikać drogi obok jej
straganu. Z chłopakiem o imieniu Kadek,
który prowadził sklep i agencję podróży, który manierami i poziomem języka
angielskiego bardzo wybijał się ponad przeciętność, co niezmiernie nam
imponowało. Pożegnaliśmy się też z kurami, które biegały beztrosko po naszym
trawniku przed domkiem i kotami, które pod koniec naszego pobytu, traktowały
nas już jak gospodarzy.
Spakowaliśmy się,
pożegnaliśmy się i pojechaliśmy dalej. Najpierw taksówką, potem minibusem,
dalej znowu taksówką, potem samolotem, autobusem, znów samolotem, aż dotarliśmy
daleko, zupełnie gdzieś indziej niż przedtem…
czwartek, 21 czerwca 2012
Miska ryżu dla Miśka
My, Wielcy Podróżnicy z plecaka a dokładnie Miś Oliwier, Miś
Damazy, Wielka Głowa, Smoku i Tymon Owca, zwracamy się z uprzejmą prośbą do
wszystkich, którzy czytają tego bloga o wsparcie. Otóż sprawa wygląda
następująco: przez ostatnie pięć miesięcy Filip i Marcin - nasi tragarze i opiekunowie troszczyli się o
nas i zapewniali nam wiele atrakcji, a także wikt i opierunek, teraz jednakże
ich budżet, na ostatni etap podróży, stoi pod znakiem zapytania. Ponieważ
zawdzięczamy im wiele to chcielibyśmy jakoś teraz pomóc i zapewnić im wikt i
opierunek sami. Pluszaki ,jednak, jak wielu z czytelników zapewne wie, nie
pracują i muszą szukać alternatywnych źródeł dochodu. I tu wychodzi na wierzch
sens i cel tego wpisu – prosimy, aby każdy kto chce, ma taką ochotę i możliwość
przesłał nam parę groszy, nie o dużo tu chodzi, każda złotówka się liczy. A tak
łącznie to z naszych misiowych obliczeń wynika, że potrzeba nam około 800 zł. Poniżej
podajemy więc numer konta i adres, na który można dokonywać wpłat – jeśli oczywiście
ktoś tylko ma na to ochotę. Tymczasem życzymy dalszego, miłego zaglądania na
bloga i oglądania jacy jesteśmy piękni na nowych, pojawiających się zdjęciach.
Z pozdrowieniami Miś Oliwier, Miś Damazy, Wielka Głowa,
Smoku i Tymon Owca
sobota, 9 czerwca 2012
sobota, 12 maja 2012
Vespa Bali
Dokąd dzisiaj Szefie? Blondyn zapytał Szefa – tego w
pstrokatej koszulce.
Jedziemy! Na naszej wymarzonej Vespie - wyszukanej i
wytargowanej. Obsesja zaczęła się już dużo wcześniej – od Szefa. To on oglądał
się za każdą napotkaną Vespą, zaraził tym szybko Blondyna, potem już obaj
oglądali się zawsze, kiedy na drodze mijała ich artystycznie pierdzącą Vespa. Nie było to trudne, bo Vespę najpierw
słychać a potem dopiero widać, lecz nie jest to takie zwyczajne pierdzenie z
tłumika. W porównaniu ze zwykłym motorem, dźwięk Vespy to muzyka. Najpierw więc
z daleka słuchali, zastanawiali się czy to na pewno ta jedyna, potem kiedy nadjeżdżała
przypatrywali się, długo wodząc wzrokiem po wszystkich jej kształtach i
wypukłościach. Nie mogli oderwać już wzroku, marzyli, że może kiedyś i oni
dosiądą takiej wspaniałej maszyny.
Po nitce do kłębka, rozpytując się u wszystkich napotkanych
mieszkańców Loviny, oglądali różne Vespy na sprzedaż, wszystkie piękne i
wyjątkowe, cudownie stare, stylowe i pozbawione tandetnych dodatków. Widzieli
odrestaurowane skutery sprzed pięćdziesięciu lat, ale kupując taki, mogliby się
od razu spakować i wracać do domu, bo miłość do takiej Vespy byłaby zabójcza
dla ich budżetu. Wreszcie, po wielu dniach szlochów i tęsknoty trafili na
piękną cudownie, lekko odrapaną Vespę PX150E z 1985 roku. Ponieważ oboje- Szef
i Blondyn – mają jakoś dziwnie sentyment do tego roku, to wiedzieli
momentalnie, że tego właśnie szukali. Nie bez znaczenia był też znakomity stan
motoru, Ponieważ nie był to darowany koń to zajrzeli tu i ówdzie, ale wszystko
było na swoim miejscu. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, lecz nie ślepa
miłość. Byli świadomi obowiązków, które wiążą się z zawarciem takiego związku,
wiedzieli, że miłość to nie tylko przyjemności, ale także jeżdżenie do
mechanika, mycie i polerowanie.
Od czasu rozpoczęcia się tego związku, przeszli już razem
dużo. Vespa czasem marudzi, nie chce jej się, zdarza się, że na środku skrzyżowania
nagle się rozmyśla i robi im numery. Ale i tak kochają ja bardzo, byli już razem
w różnych częściach wyspy, na wschodzi i na zachodzie Bali. Widzieli już razem
nie jeden wschód i zachód słońca. Zmieniali przebite koło na trasie, troskliwie
wymieniali jej żarówki, kiedy przestawały świecić. Razem wpadli też na swój pierwszy policyjny
patrol, któremu musieli puścić oko i pięć dolarów, żeby ich puścili za brak
odpowiedniego na Bali prawa jazdy. Pewnego dnia, postanowili też ożywić nieco
dość ciemną kolorystykę maszyny i namalowali kolorowe pasy na bokach Vespy.
Dzięki temu zyskała nowy blask i jeszcze bardziej stała się ich własna,
wyszukana i wymalowana. Vespa, Szef i
Blondyn do dnia dzisiejszego żyją w Lovinie, można ich czasem spotkać na
warzywnym targu, kiedy robią zakupy, lub w gorących źródłach, gdzie zażywają
relaksujących kąpieli.
sobota, 31 marca 2012
Zapowiedziany ciąg dalszy opowieści, która się zdarza, a której nie skończyliśmy ostatnio, bo nieznany był jeszcze finał.
Mamy już adres – całkiem przyjemne i wyczekiwane
przez nas uczucie. Szczególnie po okresie nie posiadania żadnego adresu, ani
nawet własnych kluczy, które można bezkarnie zgubić, jeżeli się tylko chce. Co
prawda jest to adres wyrażony dość zwiewnie, bo wszystko co wiemy to: cicha i
spokojna Ulica Savah, gdzieś tak w połowie, jeden z dwóch domków, dokładnie ten
po lewej – obok drzewa Pomelo – Lovina – Bali – Indonezja. Może to nie wiele
informacji, ale jak na razie nie wiemy więcej, poza tym do mieszkania naprawdę
wystarczy. Jesteśmy tu od paru dni, powoli urządzamy się, do troszkę bardziej
osiadłego trybu życia niż dotychczas. Mamy niewielką kuchnię, ale z oknem, a w
niej nową, świeżo zakupioną przez bardzo opiekuńczego gospodarza lodówkę ( po
indonezyjsku Kulkas) marki – co dość ciekawe – Toshiba. Kupiliśmy też butlę z
gazem i kuchenkę, oraz podstawowe,
potrzebne do gotowania przybory. Może to lekka przesada pisać tu o takich
drobiazgach, ale ponieważ blog ten jest dość osobisty i nie przeznaczony do
nadawania w wiadomościach ogólnokrajowych, to takie drobiazgi wydają nam się,
mniej więcej na miejscu. W domku jest oczywiście łazienka, z wanną i prysznicem
i toaletą w stylu zachodnim, co nie jest tu taką oczywistością. Standard
typowego indonezyjskiego ‘Mandis” czyli łazienki to dziura w podłodze z
wyznaczonym miejscem na stopy, do kucania, oraz duży, murowany zbiornik na wodę
z jednym kranem i polewaczką, do polewania i spłukiwania zarazem. Trudno się
jakoś szczególnie temu dziwić, zwłaszcza, że łazienka nie jest czymś bardzo
zadomowionym w kulturze Indonezji – do niedawna jeszcze wszystko to co na
zachodzie robi się w łazience, czyli pranie, mycie i tak dalej robiło się nad
okoliczną rzeką. Do dziś zresztą nie jest to widok odosobniony. Nie wdając się jednak w szczegóły toalety
Balijczyków, wróćmy do naszego, dopiero co najętego domku. Oprócz kuchni i
łazienki, ma także dość duże pomieszczenie, będące jednocześnie sypialnią i
pokojem do życia, w którym również możemy przyjmować gości. Jak na razie z
zaproszenia bardzo skrzętnie korzystają małe jaszczurki Geco i jeden duży
jaszczur, który póki co się nie przedstawił, oprócz gadów, odwiedzają nas też
czasem młode koty, wskakując przez otwarte okna. Bardzo by nam było miło
poszerzyć krąg odwiedzających nas gości, więc gdyby ktokolwiek miał ochotę
wybrać się na Bali to bardzo chętnie i z wielką przyjemnością ugościmy.
Zaproszenie to będzie bardzo aktualne przez najbliższe 4 – 5 miesięcy. Wracając jednak do domku, to
ma on jeszcze nieduży taras, ze stołem i krzesłami oraz widokiem na ogród i
niewielką plantację ryżu, który uprawiają nasi gospodarze. W okolicy domku jest
sporo hoteli, restauracji, kawiarenek i wypożyczalni skuterów i rowerów. Bardzo blisko od nas jest plaża i
morze – ładne, spokojne i czyste. Sielankę rajskiej krainy zakłócają tylko
nachalni sprzedawcy i taksówkarze, którzy kilka razy dziennie oferują nam
transport, nurkowanie czy wyprawy na obserwowanie delfinów o świcie. Mamy
nadzieję, że z czasem jednak zaczną nas poznawać i przestaną sobie robić
nadzieję na ubicie z nami jakieś świetnego interesu. Tymczasem jednak próbujemy
się zadomowić jakoś w tym dość obcym i niezwykłym miejscu. Zadomowić czyli:
znaleźć panią na targu, która będzie nam sprzedawać warzywa i owoce po normalnej
a nie turystycznej cenie, przestać budzić się codziennie z poczuciem, że trzeba
koniecznie gdzieś pójść, coś zobaczyć oraz, że uda nam się znaleźć kogoś kto
sprzeda nam wymarzony skuter Vespa z 60tych lat w kolorze café latte.
A poniżej zamieszczamy odgłosy balijskiej nocy - nocne żab rozmowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














