Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indonezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indonezja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 grudnia 2012

Pocztówka instant z Yogyakarty

Zdjęcia polaroidowe, sklep ze starymi rowerami, 
Yogyakarta, Jawa, Indonezja luty 2012.


czwartek, 26 lipca 2012

Caramel Cappuccino


Sześć i pół miesiąca temu, kiedy nad ranem przylecieliśmy do Pekinu, gdzie wszystko się zaczęło, wiedzeni potrzebą wypicia porannej kawy, trafiliśmy do Sturbucksa. Piliśmy tam nasze półlitrowe kawy cappuccino, które pozwoliły nam się obudzić i przeczekać kilka godzin do świtu.
Teraz znowu jesteśmy w Sturbucksie. To chyba znaczy, że wracamy, że podróż się skończyła. Wchodząc na teren lotniska zostawiliśmy za plecami Kuala Lumpur, teraz czekamy, znowu w środku nocy, pijemy nasze niewymiarowe cappuccina w amerykańskim stylu.
Sturbacks, choć nie planowaliśmy tego, wyznacza ramy naszej podróży. Pomiędzy dwoma papierowymi kubkami kawy mieści się wszystko to co przeżyliśmy i to czego przeżyć nie byliśmy w stanie, wszystkie nasze fascynacje, zachwyty i rozczarowania.
Chociaż w tej chwili dopijamy do końca naszą podróż i powoli zaczyna prześwitywać tekturowe dno, to nasz blog nie kończy się z tym ostatnim łykiem. Zostało nam jeszcze kilka wpisów, które dodamy, będąc już w Polsce. Może kiedyś pojawi się tam coś jeszcze, coś zupełnie nowego, nowa podróż, nowa wizyta w Sturbuckcie? Myślimy, że tak, że to tylko kwestia czasu a czas to pieniądz, jak wiadomo.

czwartek, 12 lipca 2012

Time to say goodbye


Historia małego pieska o imieniu Bali, znalezionego w Lovinie przy targowisku – tego, o którym pisaliśmy już dawno, kończy się szczęśliwie. Bali trafiła najpierw do schroniska, lecz po niedługim czasie znalazła nową rodzinę z Japonii, która postanowiła się nią zająć.  Szczęśliwy koniec tej historii jest tylko początkiem zupełnie nowej o wiele bardziej szczęśliwej i pomyślnej. Cieszymy się, że uratowaliśmy młodą Bali, jedyne co radość tę może przyćmiewać to świadomość, że potrzebujących szczeniaków jest wiele, wiele więcej.
Nasza wielka miłość, jednośladowa piękność z 1985 roku, również znalazła  nowego, kochającego właściciela. Kiedy musieliśmy zacząć myśleć o opuszczeniu Loviny, umówiliśmy się z właścicielem domku, który wynajmowaliśmy, że to on kupi od nas naszą Vespę. Transakcja odbyła się bezgotówkowo, metodą wymiany czynszu za ostatni miesiąc na skuter. Choć było nam smutno wyjeżdżać i pozbywać się środka transportu, który pozwolił nam na ogromną wolność  i niezależność w zwiedzaniu wyspy, to wiemy, że nowy właściciel będzie się o nią troszczył i pielęgnował.
Opuszczając Lovinę mieliśmy dwojakie uczucia. Z jednej strony cieszyliśmy się na myśl o kolejnych miejscach, które będziemy odwiedzać, z drugiej jednak było nam żal wyjeżdżać z miejsca,  w którym zadomowiliśmy się, i z którym łączyło nas wiele.  Znowu trzeba się było spakować, pozbierać wszystkie drobiazgi i detale, o niczym nie zapomnieć i oddać klucze właścicielom.
Chociaż nie  byliśmy na Bali tak długo jak zamierzaliśmy pierwotnie to wyjeżdżając nie czuliśmy niedosytu. Był to raczej czas w sam raz. Dość długi, by poczuć się tam jak w domu, poznać sąsiadów, poczuć się częścią Loviny, ale nie aż tak długi, żeby całkowicie wyzbyć się zadziwienia innością i radości ze zwykłych chwil. Do samego końca cieszyliśmy się pięknymi zachodami słońca, popołudniowa grą w badmintona na plaży, wizytami  w gorących źródłach, pysznymi owocami, które kupowaliśmy na targu, własną kuchnią, gdzie można było sobie zrobić takie śniadanie na jakie tylko przyjdzie ochota. Wszystko to jednak traktowaliśmy jako prezent a nie jako zwykłość i codzienność, które z czasem mogły by się zakraść pod naszą strzechę.
Wyjeżdżając musieliśmy się pożegnać z wszystkimi znajomymi, których zapoznaliśmy podczas pobytu. Z Putu, który pomógł nam kupić Vespę, a którego spotykaliśmy na plaży o wschodzie słońca próbującego sprzedać turystom ‘własnoręcznie wykonane błyskotki’. Z Adi, prowadzącą stragan z ubraniami, która od początku naszego przyjazdu, była dla nas bardzo miła i zaczepiała nas kiedy tylko pojawialiśmy się w zasięgu – wynikiem czego z czasem zaczęliśmy unikać drogi obok jej straganu.  Z chłopakiem o imieniu Kadek, który prowadził sklep i agencję podróży, który manierami i poziomem języka angielskiego bardzo wybijał się ponad przeciętność, co niezmiernie nam imponowało. Pożegnaliśmy się też z kurami, które biegały beztrosko po naszym trawniku przed domkiem i kotami, które pod koniec naszego pobytu, traktowały nas już jak gospodarzy.
Spakowaliśmy się, pożegnaliśmy się i pojechaliśmy dalej. Najpierw taksówką, potem minibusem, dalej znowu taksówką, potem samolotem, autobusem, znów samolotem, aż dotarliśmy daleko, zupełnie gdzieś indziej niż przedtem…


poniedziałek, 2 lipca 2012

Delfiny z Loviny, czyli w pogoni za lumba - lumba


05.50 rano, wstajemy, pośpiesznie i lekko nieprzytomni ubieramy się i szykujemy. Płyniemy dzisiaj oglądać delfiny – dzikie i  wolne. Dla nich 06.00 rano to ponoć najlepsza pora  na wygłupy, wyskoki i inne delfinie akrobacje. Kiedy pojawiliśmy się na plaży czekał już na nas nasz Kapitan, jak dumnie zwał się właściciel małej, rybackiej łódki, wąskiej na jednego człowieka, z którym dzień wcześniej  umówiliśmy się na wyprawę na oglądanie lumba - lumba.  Motorowy silnik łódki, niechętnie, ale  jednak odpalił i wyruszyliśmy w głąb morza. Płynęliśmy tak około 3 km, aż dopłynęliśmy do miejsca na morzu, gdzie miały pokazywać się delfiny, czyli po balijsku lumba – lumba, właśnie. Początkowo jednak, zamiast delfinów, zobaczyliśmy dziesiątki innych, podobnych łódek, każda wypełniona turystami, obwieszonymi drogimi aparatami i żądnymi spektakularnego pokazu, za który zapłacili przecież bardzo dużo. Inaczej zupełnie jest, kiedy oglądanie delfinów aranżuje się samemu, na plaży, bezpośrednio z kapitanem, wtedy cena takiego wypływu  to kilka dolarów, kiedy jednak przyjechać specjalnie z południa Bali, czarterowanym samochodem z klimatyzacją, dając po drodze zarobić kilku pośrednikom, to koszty takiej atrakcji rosną dziesięciokrotnie. Zrozumiała wtedy być może, jakaś większa chęć i potrzeba wśród takich turystów, zobaczenia tych najładniejszych delfinów i tych najlepszych skoków. Wiedzą o tym ich kapitanowie, którzy starają się bardzo, kiedy tylko gdzieś na horyzoncie pojawi się płetwa, zaraz tam płyną starając się zająć jak najlepszą pozycje do podziwiania. Nasz kapitan miał jednak inną metodę, on raczej czekał, aż delfiny podpłyną same, czasem tylko odpalał motor i płynął gdzieś, w tylko sobie znanym kierunku. Może to dlatego, że trochę się z nim targowaliśmy o cenę, a może po prostu wiedział więcej niż inni i lepiej rozumiał delfinie zachowania, być może rozumiał też, że ponad smród i hałas motorowego silnika, pędzącego śpiesznie za każdą pojawiającą się płetwą, przyjemniejsze jest powolne dryfowanie i czekanie na delfiny, które i tak w końcu się pojawią. I rzeczywiście tak było, delfiny co jakiś czas pokazywały się nam, czasem z wody wynurzała się tylko płetwa, czasem było ich kilka, aby w pewnym momencie wyskoczyć nagle z wody i na pół sekundy pokazać się całemu światu. Lumba – lumba, robią to chyba  jednak nie dla ludzi, są wolne, zupełnie nie interesuje ich, kto ile zapłacił z wycieczkę, kto ma najnowszy aparat, a kto torebkę od Versace. Skaczą i chowają się kiedy chcą, nie wiedząc, że każdy ich skok i akrobacja przeliczalne są na dolary.

Powietrze, woda, ziemia


niedziela, 24 czerwca 2012

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Cielak na wypasie


Jeszcze pięć minut! Taka myśl towarzyszy nam za każdym razem, gdy słyszymy dźwięk budzika, który głośno oznajmia, że pora wstać z łóżka. Działo się tak w szkole podstawowej i liceum, na studiach oraz w Szkocji, gdy trzeba było iść do pracy. Jest tak również teraz, kiedy raz na jakiś czas, zazwyczaj w niedzielę, postanawiamy wybrać się na plażę, by w towarzystwie promieni wschodzącego słońca wypić poranną kawę. Niech jednak nikogo nie zwiedzie wczesna pora. W przeciwieństwie do polskich ulic, o godzinie szóstej balijska plaża tętni życiem. Jedyny wolny dzień od szkoły a dla wielu także od pracy, wcale nie służy po to by się wyspać. Niedzielny poranek to dla dzieci najlepsza pora by pograć w piłkę. Dla nastolatek to świetny moment na plotki a dla nastolatków to idealny czas na spacer wzdłuż plaży w towarzystwie papierosa oraz najlepszego kolegi. Indonezyjski nastolatek nie ma komputera oraz szerokopasmowego dostępu do Internetu, dlatego wszelkie relacje nawiązuje osobiście i bezpośrednio. Na Bali życie młodego człowieka koncentruje się poza domem. Za sprawą własnego motoru lub przyjaciela, który takowy posiada tutejszy nastolatek jest bardzo mobilny. Łatwo jest więc mu dojechać do szkoły, pojechać do innego miasta, wybrać się z paczką znajomych do gorących źródeł, odwiedzić chłopaka lub dziewczynę czy przywieźć mamie zakupy. O motor trzeba jednak dbać. Raz na kilka dni myje go oczywiście tata. Młody człowiek szanuje bowiem wiedzę oraz życiowe doświadczenie swojego rodzica i wie, że nikt nie zrobi tego tak dobrze jak właśnie ojciec. Jeżeli nastolatek wraz z kolegami mają ochotę na nastrojową kolację na plaży sami ją organizują. Własnoręcznie rozpalają ognisko i pieką na nim samodzielnie złowioną rybę, popijają ją sokiem z kokosa, oczywiście samodzielnie zerwanego z palmy.  Indonezyjski młody człowiek bardzo dba o to w co się ubrać i jak modnie ułożyć włosy.  Dotyczy to zarówno dziewczyn jak i chłopaków, choć w przypadku tych pierwszych zachowanie takie jest normą niemal na całym świecie. Kłopotu nie ma z ubiorem do szkoły. W całej Indonezji podobnie jak w wielu krajach Azji obowiązują mundurki szkolne. Rewia mody zaczyna się po lekcjach. Wąskie spodnie, wyczesana czapka z daszkiem, trampki z białą podeszwą, dopasowana koszula, koraliki, sygnet z kamieniem. Niezależnie czy nastolatek mieszka w stolicy wyspy Denpasar, wiosce Kintamani, czy naszej Lovinie, pod względem wyglądu śmiało może konkurować ze swoimi rówieśnikami z Londynu, Mediolanu lub Nowego Jorku.
Poza przyjemnościami tutejszy nastolatek ma także swoje obowiązki, które nie zawsze należą do lekkich. Musi zająć się młodszym rodzeństwem, pomóc ojcu przy połowie ryb a podczas odpływu przy zbieraniu muszli. Pod nieobecność rodziców młody człowiek karmi kury oraz koty, zamiata podwórko i podlewa ogród. Nie rzadko już w tak młodym wieku podejmuje się pracy by wspomóc domowy budżet. Gdy trzeba naprawia pompę do wody oraz instalacje elektryczną. Z angielskim u niego na bakier, ale szeroki uśmiech dobrze to maskuje. Pomimo konieczności dzielenia pokoju z rodzeństwem a często także z rodzicami oraz faktu nie posiadania Ipada i innych najnowszych zdobyczy techniki, tutejszy nastolatek wydaje się być znacznie szczęśliwszy niż europejski lub amerykański odpowiednik.